PL EN

Aktualności

Honorowa Nagroda SARP O/Wrocław 2017- JULIAN ŁOWIŃSKI

arch. Julian Łowiński / z archiwum prywatnego


W dniu 27 października 2017, w trakcie uroczystości zakończenia 7. edycji Dolnośląskiego Festiwalu Architektury DoFA, Koledze arch, Julianowi Łowińskiemu wręczona została Honorowa Nagroda SARP O/W     rocław 2017. Poniżej zamieszczamy przemówienie Szacownego Laureata.

                                                                                     * * * 

Słowo od autora:

Szanowni Koledzy, Drodzy Przyjaciele!

Jedynym powodem, dla którego staję tu przed Wami po okresie niejako hibernacji, wzbudzony wydarzeniem, którego jesteśmy uczestnikami - jest możliwość wyrażenia wdzięczności i podziękowań kolegom z Kapituły Nagrody Honorowej Oddziału Wrocławskiego, i tym wszystkim optymistom, którzy uznali że to, co natworzyłem na tym obszarze i w czasie wyznaczonym mnie przez los - zasługuje na uwagę i jest warte tego, aby przypomnieć to niejako publicznie. Właśnie za to jestem Wam wdzięczny. Miły to gest i niezwykle ważny do podtrzymania słabego ducha, który jak wszystko co ludzkie potrzebuje od czasu do czasu bodźców z zewnątrz na potwierdzenia sensu swojego istnienia. Nie wiem czy jest w tym więcej błogiego balsamu szczęśliwości - czy poczucia zaskoczenia i zdziwienia z powodów oczywistych. Spadło to bowiem na mnie jak grom z jasnego nieba - jest tylu godniejszych, bardziej zasługujących na tę nagrodę. Ale schlebia to mojej próżności i niech tak to pozostanie przy mnie!

Miłe to, że w najbardziej aktywnych latach swojego życia, pochłonięci pracą i obowiązkami, ktoś z Was się zatrzymuje, chwila refleksji, zastanowienie nad przebytą drogą. którą ma się za sobą, wspomnienie - że w niegdysiejszych czasach, dobre pół wiek temu, kiedy na ziemiach naszych panowała kultura materialna blokowo-wielkopłytowa, a na ulicach można było spotkać białe niedźwiedzie - funkcjonował w tym czasie koleś, który parał się trudem podobnym do naszego i coś tam zrobił. Postawmy mu bracia świeczkę! - "i stało się światło i nastąpił wieczór i po nocy stał się świt lepszego dnia"!

Kończąc - opowiem Wam w moim mniemaniu kilka smutno-wesołych historyjek z mojego życia o tym, jak przytrafiło mi się zostać architektem i jak zmagałem się z tą twardą materią losu. Opowiem to w konwencji smutno-wesołej, jako że istnieje chiński sos słodko-kwaśny, który wysoce sobie cenię - pytam, dlaczego nie miały by to być opowiastki smutno-wesołe! Dedykuję je tym, którzy przyłożyli rękę do zaistnienia tego wydarzenia z nadzieją, że upewni ich to w słuszności wyboru, oraz kieruję do sceptyków, aby bardziej wyrozumiale ujrzeli problem. Los człowieka można porównać do łańcucha, w którym każde ogniwo kryje odrobinę ukrytego sensu tego, dla czego zostało utworzone i dla którego istnieje. Podobnie jest z życiem ludzkim - składa się ono z drobnych wydarzeń - niekiedy b. drobnych, minimalnych, ale wyjmijcie z tego tylko jeden epizod - i to już byłaby inna historia z zupełnie innego życia.

Zacznę od samego początku, ab ovo. W mojej rodzinie nigdy nie było architekta. Nigdy jako malec nie czołgałem się pod "rajzbretem", przy którym pracował ojciec i rozrzucał kalki. Byliśmy od zawsze "farmerami" - jak to się mówi dzisiaj, albo potomkami "kułaków" - jak mówiono w PRL. Dla towarzysza Jagody (jeśli komuś to nazwisko nic nie mówi, niech się czuje szczęśliwy!) byliśmy wrogim elementem etnicznym, przeznaczonym do extynkcji. Ale mieliśmy na tyle szczęścia, że znaleźliśmy się tylko w Kazachstanie, zamiast gryźć rodzinną ziemię. W Kazachstanie ujawniły się moje pierwsze zwiastuny predylekcji. Mogłem z wybornej miejscowej gliny lepić mnóstwo fikuśnych domków albo ptaszków dla zachwyconych rówieśników z krzywymi oczami. Przyszedł rok 45, a po nim 1946. Jazda w bydlęcym wagonie przez pół świata - ale do domu. Spotkanie z wielkim, kompletnie potrzaskanym Wrocławiem. Pamiętam ul. Powstańców Śl., przy której w przyszłości wypadło mi majstrować tyle razy. Otóż ulica przypominała bardziej kanion w Arizonie, niż ulicę wspaniałego miasta. Po bokach wyznaczały ją usypane piargi z mielonego gruzu, nad tym sterczały ostańce utworzone z wypalonych ścian, a środkiem mknął wesoło kiwając się na wszystkie strony tramwaj linii Nr 7 - ten sam co dzisiejsza lukstorpeda Nr 7. Podobnie wyglądała ul.Legnicka, pl. Grunwaldzki i Stare Miasta. Ale ostało się również kilka wspaniałych obiektów, których obecnie już nie ujrzycie. Mam na myśli kasyno w Art Deco przy ul. Powstańców, kościół Chrystusa w okolicy pl. Hirszfelda, Zbawiciela - na pl. Staszica, ale przede wszystkim Śląskie Muzeum Sztuk Pięknych przy obecnym nomen-omen pl. Muzealnym (chyba tak ono się w tym czasie nazywało, cytuję z pamięci). Wspaniały, ogromny, prawie nietknięty wojną budynek w stylu neoklasycystycznym, ozdobiony od frontu 10- kolumnową koryncką kolumnadą, przykryty pokaźnych rozmiarów latarnią. Zrobiłem projekt przed-dyplomowy u prof. Frydeckiego, podobno na prośbę samego maestro Kopycińskiego, adaptując muzeum na filharmonię. A robiłem to w roku 1961, kiedy ten budynek w stanie prawie nietkniętym jeszcze trwał! Kilka lat później obiekt ten został zrównany z ziemią! Wiele razy starałem się zrozumieć mentalność tego człowieka, który bezpośrednio przyczynił się do takiego wandalizmu, który kazał to zrobić i którego podpis jest pod tą decyzją! Ktokolwiek to jest - niech imię jego będzie przeklęte na wieki.

Do szkół uczęszczałem w Kłodzku, mieście pięknym jak z bajek Grimma. W miejscowej szkole Ojciec regularnie dowiadywał się o moich postępach od wychowawczyni, która przy każdej wizycie wręczała Ojcu plik rysunków odebranych mi na lekcjach; mówiąc przy tym:  "proszę pana, to nie jest zły chłopiec, ale w czasie lekcji niezbyt uważa, jest zawsze zajęty bazgraniem, widzi pan to wszystko odebrałam mu tylko w czasie ostatniego miesiąca. Ale, niech pan na niego niezbyt krzyczy, może z niego coś wyrośnie"! Jedynym tematem graficznym, który mnie interesował, była pasja do wszystkiego co pływa - nie ustała ona do dnia dzisiejszego; pewnie nie zdradzę zbyt wielkiej tajemnicy, jeśli powiem, że wielki galeriowiec przy Powstańców Śląskich został zainspirowany właśnie ideą liniowca pasażerskiego.

Decydującym momentem w wyborze zawodu było przypadkowe spotkanie na plantach krakowskich z grupą wesołych i sympatycznych studentów w czapkach „Bratniaka”. Nieśli pod pachami deski rysunkowe, najwyraźniej wracali z pleneru. "Fajni faceci" - powiedział kolega, "to są studenci architektury”- i w tym momencie klamka zapadła, postanowiłem zostać "fajnym facetem" i kupić sobie białą rogatywkę.

Pamiętam pierwsze pytanie na egzaminie wstępnym, zadane mi przez prof. Frydeckiego: czy wiem ile kominów miał Titanic? Byłem kompletnie zaskoczony tym pytaniem, ale poradziłem sobie z tym, jak również z innymi, wystarczająco dobrze, aby się stać studentem architektury. Jestem ciekaw, czy ktoś z państwa zgadnie, jaki był mój pierwszy krok? Otóż kupiłem sobie białą czapkę!

Mieliśmy wspaniałych profesorów. Prof. Broniewski potrafił kilkoma kreskami kredy zamienić tablicę we włoski krajobraz. Pamiętam Andrzeja Frydeckiego, którego przedłużające się korekty-rozmowy dawały więcej do myślenia niż niejedna godzina spędzona nad deską - rozmowy te w dużym stopniu pomogły mi zrozumieć oczywiste prawdy, zakryte do tej pory przed moimi oczami. Profesorowi Wróblowi jestem szczególnie wdzięczny za surrealistyczny optymizm i to w czasach socjalistycznego realizmu. Miał zwyczaj omawiając, np. z urbanistyki plac katedralny w Sienie, wtrącać taką prostą radę: "Moi panowie, po zwiedzeniu katedry należy koniecznie posiedzieć na placyku za katedrą przed małą winiarnią i zamówić kieliszek czerwonego wina. Takiego Chianti nie spotkacie nigdzie"! Powiedziane to było w czasie, kiedy za granicę można było z trudem wyjechać do NRD albo do strefy przygranicznej w Słowacji, a ulubionym trunkiem, którym raczyliśmy się w chwilach melancholii był "Jabcok" !

Przyjemnie wspominam okres naszej edukacji, kiedy przesiadywałem z Romkiem -moim przyjacielem- w bibliotece Muzeum Narodowego i przerysowywaliśmy aksonometrie romańskich i gotyckich katedr dla prof. Hawrota z podręcznika Chouosi, albo wspinaliśmy się na poddasze gmachu głównego i tam w bibliotece uczelnianej godzinami robiliśmy szkice z niezapomnianego l'Architecture d'Aujourd'hui, ostatnich realizacji Frank Lloyd Wrighta, Saarinena, Mies van der Rohe, Kenzo Tange, Corbusiere'a no i partnerów z zespołu Skidmor, Owings & Merill. Marzyłem, aby iść ich drogą. Niestety, przy moich możliwościach mogłem tylko marzyć! W ówczesnej Polsce środkami fizycznymi do kreowania nowego budownictwa była cegła rozbiórkowa, glinobitka, surowy beton i stal walcowana, z której wymyślaliśmy różne rodzaje ślusarki okiennej i drzwiowej. Później doszedł wielki blok i wielka płyta, a w końcu gazobeton i beton monolityczny. Wytwórnia elementów prefabrykowanych spowita parą od rana do świtu produkowała niezbyt zróżnicowane asortymenty części składowych nowego ładu epoki Gierka pod hasłem 50 000 izb na pięćdziesięciolecie PRL. Znikły hałdy gruzu na Południu a na ich miejscu powstawały purystyczne kolejne osiedla - "Celina", "Anna", "Barbara", "Dorota",itd. - projektowane tak, aby było jak najtaniej. Wszelkie ryzality, załamania linii zabudowy były niechętnie widziane, ze względu na konieczność przekładania torowisk dźwigów. Operując tymi ograniczonymi środkami, powstawały jednak obiekty wybitne, np. wieżowce p. Jadzi Hawrylakowej na pl. Grunwaldzkim.

Przyszła Solidarność, wojna Polsko-Jaruzelska - trzeba było szukać szczęścia poza krajem. Znalazłem się w Libii, trafiłem na dużą budowę miasteczka turystycznego, gdzie wykonawcą była firma SKANSKA, potężny koncern, który miał swoje statki, samoloty i ponad 1000 laotańczyków i filipińczyków tylko na naszej budowie. To było dobre trafienie, albowiem dla mnie był to drugi uniwersytet. Spotkałem się tu po raz pierwszy z masowym użyciem komputerów i sieci logistycznych o zasięgu europejskim, bardzo życzliwych ludzi z dużymi kompetencjami zawodowymi i zupełnie nieznanym mi sposobami organizowania pracy biurowej w powiązaniu z budową. Miałem z czym wracać, no i był już czas, aby wracać. Potężny niegdyś „Miastoprojekt”, w którym przepracowałem całe swoje zawodowe życie, rozpadał się jad domek z kart. Ogólna anarchia w kraju przekładała się w sposób znakomity na nastroje w biurze. Zleceń dramatycznie ubywało. Zostałem zwolniony głównie za szerzenie fermentu w moim otoczeniu. W tej sytuacji trzeba było zmierzyć się z Nowym, z nowymi realiami gospodarki kapitalistycznej. W tym czasie zaczęły pojawiać się na rynku spółki z kapitałem niewiadomego pochodzenia oraz spółki zagraniczne. Miałem niezwykłe szczęście, albowiem udało mi się uzyskać zlecenie na kompleksową realizację pierwszego przedstawicielstwa firmy Viessmann w Polsce. Kompleksową - tzn: zobowiązałem się uczestniczyć przy zakupie działki, wykonać założenia wstępne, projekt realizacyjny, nadzór budowlany, odbiór i przekazanie obiektu w systemie "Pod Klucz" Miałem ogromną tremę, albowiem wiązało się to nie tylko z odpowiedzialnością merytoryczną i prawną, ale również finansową. Skończyło się dobrze. Inwestor okazał się być niezwykle kompetentnym i uczciwym partnerem, chyba najbardziej kompetentnym, jakiego spotkałem w życiu zawodowym- był usatysfakcjonowany naszą pracą -dostaliśmy następne zlecenia i tak wszystko co Viessmann zbudował w Polsce, przeszło przez ręce Ryśka Kożucha, Marka Strojnego, Wojtka Święcickiego , Marka Spychały, moje oraz wielu innych których nie sposób tu wymienić.

Z tegoż powodu, przestałem zajmować się budownictwem osiedlowym i o dziwo Miasto wcale na tym nie ucierpiało, wręcz przeciwnie, stawało się z każdym rokiem ciekawsze, bardziej europejskie i piękniejsze.

Powstawały obiekty zwiastujące nową epokę cywilizacyjną - Most Rędziński, NFM - zwiastun nie tylko nowego myślenia o architekturze w Polsce, ale przede wszystkim - nie waham się użyć tego określenia - epokę wolności i postępu w naszym życiu powszechnym. Chociaż na horyzoncie gromadzą się czarne chmury, wierzę że i tym razem obejdą nas z dala, nie będzie burzy i zostaniemy w Europie!

Chciałbym wyrazić podziw dla moich młodszych kolegów, za to że czynią architekturę naszego miasta coraz ciekawszą, chociaż według niektórych moich przyjaciół sceptyków z cenzusem akademickim - pojęcie takie w realnej rzeczywistości nie istnieje - osobiście nie zgadzam się z takim poglądem! Gratuluję i dziękuję Wam wszystkim!

Julian Łowiński


Wrocław, rejon ul, Powstańców Śląskich, koncepcja programowo-przestrzenna zespołu Centrum Usługowego, makieta, lata 80. / z archiwum prywatnego