PL EN

Aktualności

HULAJ URBAN SQUAD WE WROCŁAWIU

NASZE SPOTKANIA

Niejako kontynuując rozpoczęty przez nas w roku ESK cykl spotkań architektów wrocławskich z architektami z innych miast – celem prezentacji architektury Wrocławia, miałam przyjemność spotkać się z niezwykłą grupą – kołem naukowym „Hulaj Urban Squad”, powstałym na Wydziale Architektury Politechniki Gdańskiej – eksplorującą przestrzeń miasta na hulajnogach i deskorolkach (w majowo-czerwcowym numerze Zawodu:Architekt #56 był artykuł o ich przedsięwzięciach). Opiekunami tego koła są: arch. Małgorzata Kostrzewska i arch. Bartosz Macikowski, wykładowcy na tym wydziale. W weekend, 28-29.10. br. wybrali się do Wrocławia -16. studentów i dwoje opiekunów; pamiętny orkan „Grzegorz” był sprawcą nieco dłuższego ich pobytu w Muzeum Architektury, gdzie mogłam im zaprezentować Studium dla Wrocławia i jeszcze eksponowane wystawy z dopiero co zakończonego festiwalu DOFA’17, opowiedzieć o tegorocznym laureacie naszej HN ‘2017- Julianie Łowińskim i o zeszłorocznych laureatach – K.M. Barskich, z uwagi na wybrany przez grupę obszar zwiedzania. O swoich wrocławskich eksploracjach opowiedzą sami – w prezentowanym poniżej materiale. Dobrze jest poczytać, jak o naszym mieście myślą tacy globtroterzy z naszej branży!

Ewa Barska

                                                                                       * * * 

HULAJ URBAN SQUAD WE WROCŁAWIU

Autorzy:

Małgorzata Kostrzewska, Bartosz Macikowski (opiekunowie Koła Naukowego Hulaj Urban Squad, wykładowcy na Wydziale Architektury Politechniki Gdańskiej)

oraz studenci – członkowie HUS

Jeśli ktokolwiek spośród mieszkańców lub turystów natknął się w zimny weekend 28-29 października na grupę 18 osób na hulajnogach mknącą przez Wrocław jak orkan „Grzegorz”, to widział Koło Naukowe Hulaj Urban Squad, działające na Wydziale Architektury Politechniki Gdańskiej.

HUS (grupa studentów wraz z opiekunami naukowymi) zajmuje się eksploracją przestrzeni miejskiej, zapoznając się z historią i współczesnymi problemami architektury i urbanistyki odwiedzanych miejsc, badając jednocześnie możliwości wykorzystania hulajnogi jako aktywnej i ekologicznej formy mobilności miejskiej.

Wrocław był celem kolejnej wyprawy po Szczecinie i Berlinie (o czym można przeczytać w Magazynie IARP „Zawód:Architekt” Z:A#56, maj-czerwiec 2017). Miasto to przyciągało nas od dawna i wiedzieliśmy, że prędzej czy później je „dopadniemy” z naszymi hulajnogami. Oczywistym i niepodważalnym celem było doświadczenie wspaniale eksponowanego bogactwa dziedzictwa architektonicznego i urbanistycznego. To lektura obowiązkowa każdego studenta architektury (i architekta, rzecz jasna). Nas jednak nęciła także chęć sprawdzenia, czy Wrocław, który w obrębie Starego Miasta ma średniowieczny rodowód i tkankę, zaś wokół jest miastem modernistycznym (aż po swe przedmieścia-ogrody), jest przygotowany na nowe formy mobilności miejskiej. Do owych form między innymi zaliczają się wszelkie pojazdy na „małych kółkach”. Personal Mobility Devices(PMD), bo o nich tu mowa, to osobiste urządzenia mobilne, które zawsze możemy mieć przy sobie, a które w aktywny, ekologiczny i po prostu fajny sposób umożliwiają poruszanie się po mieście bez konieczności tkwienia w korkach. Należą do nich deskorolki, longboardy, rolki i, rzecz jasna, hulajnogi, których to pojazdów coraz więcej dostrzegamy w przestrzeniach miast.

Jakie zalety mają hulajnogi i inne PMD? Są lekkie, szybki i zwinne. Nie trzeba ich zostawiać na parkingu, można wziąć na ramię, pod pachę, do plecaka. Aby z nich w pełni korzystać, nie potrzebujemy dodatkowej infrastruktury, garaży, można je trzymać w mieszkaniu, albo pod biurkiem w pracy. Hulajnoga jest na tyle mała (i składana), że bezproblemowo można z nią korzystać z każdego, dowolnego środka transportu publicznego, jeśli musimy pokonać większy dystans. Ten aspekt to według nas największa obietnica „rewolucji”, jaką mógłby być nowy rodzaj mobilności miejskiej. Nazwaliśmy to „hybrydową mobilnością miejską”, bowiem właśnie mariaż transportu publicznego i PMD może uniezależnić nas od samochodu, gwarantując przy okazji dawkę tak bardzo potrzebnego ruchu i wysiłku fizycznego. Hulajnoga jest szybka, 2-3-krotnie szybsza od pieszego (co potwierdzają nasze badania). Na hulajnodze potrafi jeździć każdy (no, prawie :)). Oprócz niezaprzeczalnych zalet, można wskazać także na pewne trudności w poruszaniu się hulajnogą. Najczęściej wynikają one z nieprzyjaznej nawierzchni chodnika: kostka betonowa o fazowanych krawędziach, bruk (zwłaszcza mokry i śliski), mokre zalegające liście, żwir, dziury w nieremontowanych traktach spędzają sen z powiek nie tylko miłośnikom hulajnogi i deskorolki, ale także użytkownikom wózków inwalidzkich, rodzicom pchającym wózki z dziećmi, podróżnym z walizkami na kółkach, a więc szerokiej rzeszy uczestników życia miejskiego.

Jak zatem odebraliśmy Wrocław na naszych małych kółkach?

Z Gdańska do Wrocławia dotarliśmy pociągiem w sobotnie południe. Jest to o tyle ważne, że każdy z nas oprócz swojego plecaka miał hulajnogę i nie wymagało to ani rezerwacji miejsc dla rowerów, ani specjalnych przestrzeni w wagonie. Hulajnoga jest więc poręcznym „bagażem podręcznym”. Pierwszego dnia zwiedzanie rozpoczęliśmy po południu. W ciągu 5 godzin udało nam się pokonać ponad 18-kilometrową pętlę, którą rozpoczęliśmy na Rynku, skąd ruszyliśmy na wschód oglądając po drodze m.in. fantastyczny modernistyczny dom handlowy Ericha Mendelsohna, współczesne OVO, ekspresjonistyczny Urząd Czeków Pocztowych, następnie kolejką linową „Polinka” przedostaliśmy się na drugą stronę Odry, podziwiając panoramę późnomodernistycznej zabudowy kampusu wrocławskich uczelni. Spod „Serowca” ruszyliśmy wzdłuż Politechniki Wybrzeżem Wyspiańskiego ku Zoo i Hali Stulecia. Po obejrzeniu terenów Hali przejechaliśmy na tereny „Wuwy” obejrzeć modelowe budownictwo Werkbundu. Zwiedziwszy Wuwę, pojechaliśmy do Sępolna, podziwiając racjonalną, przyjazną w skali i rozwiązaniach funkcjonalnych, zieloną i komfortową urbanistykę tego przedmieścia-ogrodu. Wracaliśmy ul. Mickiewicza i Mostem Zwierzynieckim ku Placowi Grunwaldzkiemu, skąd podziwialiśmy słynne „Sedesowce”. Po przejechaniu Mostu Grunwaldzkiego skręciliśmy na nadodrzańskie Bulwary. Hulaj-jazda po tym nowym, wrocławskim założeniu była ogromną przyjemnością, pomimo, że było już ciemno. Oświetlenie nabrzeża i okolicznych budynków w pełni umożliwiało korzystanie z tej rekreacyjnej przestrzeni. Jadąc wzdłuż Odry przejechaliśmy na Wyspę Piasek i Młyńską, skąd zrobiliśmy objazd ul. Drobnera, aby Mostem Uniwersyteckim, z którego podziwialiśmy modernistyczne elektrownie, by wrócić na teren Starego Miasta. Pokręciliśmy się po barokowych zaułkach wokół Ossolineum i wróciliśmy do początku naszego objazdu, w okolice Rynku i naszego hostelu przy ul. Kazimierza Wielkiego.

Następnego dnia plany pokrzyżował nam orkan, chcieliśmy bowiem pojechać na tereny uniwersyteckie wzdłuż Odry i Osi Grunwaldzkiej, aby podziwiać uczelnianą architekturę Krystyny i Mariana Barskich. Deszcz i wicher spowodowały jednak, że obejrzawszy kilka kościołów gotyckich oraz Nowy Targ, schroniliśmy się w kawiarni, żeby ogrzać się, osuszyć i pokrzepić kawą i małym „conieco”. Później ruszyliśmy do Muzeum Architektury na umówione spotkanie z architekt Ewą Barską, która opowiedziała nam o dziele swoich Rodziców – Krystyny i Mariana Barskich, ale także pokazała muzealne wystawy, opowiadając o wielu aktualnych architektonicznych wrocławskich przedsięwzięciach. Piękne ekspozycje w klasztornych wnętrzach i bogate zasoby księgarni na długo zatrzymały nas w Muzeum Architektury. Później musieliśmy już myśleć o obiedzie, zmierzaniu w kierunku dworca (zahaczając o Renomę i Narodowe Form Muzyki) i… powrocie do Gdańska.

Fenomen hulajnogi pokazuje, w jak ogromnym stopniu ten rodzaj mobilności może przybliżyć miasto, pozwalając na eksplorację i intensywność niedostępną dla pieszych (nasza grupa osiągała prędkość 15 km/h) – dość powiedzieć, że w ciągu sobotniego popołudnia i niedzielnego przedpołudnia, w sumie w czasie ok. 10 godzin zwiedzania, pokonaliśmy łączny dystans ok. 30 km, zwiedzając w tym czasie wiele obiektów i terenów miejskich.Oczywiście należy wspomnieć, że naszemu jeżdżeniu zawsze towarzyszą opowieści o oglądanych obiektach i obszarach, zatrzymujemy się aby przeprowadzać „mini-wykłady” plenerowe, fotografować, wchodzić do wnętrz.

A jak odebrali Wrocław pozostali uczestnicy? Oto najciekawsze spostrzeżenia studentów V semestru, członków Hulaj Urban Squadu:

Jakub Adamski: Przychodzi taki czas podczas semestru, kiedy student coraz intensywniej odczuwa się potrzebę wakacji. Tym razem wytrzymałem do końca października. Perspektywa długiego weekendu, wzmocniona widokiem lekko przykurzonej hulajnogi mogła oznaczać tylko jedno… Hulajnoga wyzwala wielkie pokłady pozytywnej energii. Mimo prób zachowania nienagannego, „racjonalno-artystycznego” wizerunku charakteryzującego studentów architektury nie mogłem powstrzymać się od ścigania się z każdym napotkanym pojazdem, nawet mechanicznym. Co gorsza, po opanowaniu sztuki skakania i jazdy „bez trzymanki” nie pomógłby mi nawet czarny strój i stylowe białe kółeczka… Wróćmy do Wrocławia. Ostatni raz byłem tam przed studiami. Mimo, że moje oceny mogą o tym nie świadczyć, zacząłem inaczej odbierać miasto i doceniać jego piękno ukryte w obiektach i rozwiązaniach przestrzeni także poza obszarem starego miasta. Największe wrażenie wywarły na mnie realizacje okresu modernizmu – Renoma, dom handlowy Mendelsohna oraz osiedla WuWA i Sępolno. Nigdy nie zapomnę spotkania z panią Ewą Barską – współtwórcy współczesnego obrazu miasta, a jednocześnie niezwykle serdecznej osoby.

Iza Karczewska: Wrocław odwiedziłam po raz pierwszy. Wspaniałe było odwiedzanie kolejnych architektonicznych ikon i założeń, ale najbardziej interesujące było poznanie ich z perspektywy hulajnogi. Pozwalała nam na mobilność, na odkrywaniu kolejnych detali, po kilkukrotnym okrążeniu elewacji dostrzec można było coś nowego. W ciągu weekendu zdawać by się mogło nie można odkryć tak dużo, ale dzięki hulajnodze przemierzaliśmy ulice Wrocławia i niesprzyjająca październikowa aura nie przeszkodziła nam w odczuwaniu niezwykłej radości ze zwiedzania.Takie doświadczenie pozwala nie tylko na sprawne poruszanie się po mieście, ale także na odbieranie go z innej perspektywy. Różne rodzaje nawierzchni, warunki atmosferyczne nie były przeszkodą, ale możliwością dostrzegania charakteru miasta nie tylko przez architekturę, ale także przez szeroko pojęty klimat miejsca.

Marta Dunajska: Wrocław zadziwił mnie swoim ogromem i bogactwem, a chociaż nie była to moja pierwsza wizyta poczułam się jakbym była tam pierwszy raz. Do tej pory miasto to kojarzyło mi się głównie z 2 rynkami, które zapamiętałam o wiele mniejsze niż są w rzeczywistości, Panoramą Racławicką i niesamowitymi tańczącymi fontannami. Miasto po wyjeździe urosło dla mnie, co poczułam szczególnie mknąc hulajnogą przez miasto – zdawało się, że nie ma ono końca. Architektura Wrocławska zdziwiła mnie swoją różnorodnością stylów i form.

Jakub Depka: Dla mnie każdy kolejny zakręt, każdy otwierający się przede mną kadr miejskiej przestrzeni był niesamowitym doznaniem. Mnogość klasycyzującej i modernistycznej jak i również współczesnej architektury potrafiła rozgrzać niejednego zmarzniętego podróżnika. Największym niebezpieczeństwem czyhającym na nieuważnego hulajnogowicza było połączenie deszczu i kamiennych płyt pokrywających zarówno place jak i trakty piesze Wrocławia. Powstające „lodowiska” zmuszały do nieustannego zwracania uwagi na to, gdzie jeździmy. Na szczęście w mieście nie był to dominujący sposób pokrycia ciągów komunikacyjnych. Typowe okazały się płyty chodnikowe i kostka brukowa, które nie stwarzały tylu problemów ile płyty kamienne. Niemało również we Wrocławiu typowych ścieżek rowerowych, których nawierzchnia jest marzeniem każdego czy to rowerzysty, rolkarza, czy amatora hulajnogi.Rozproszenie interesującej zabudowy i układów urbanistycznych nie tworzy wrażenia rozciągłości miasta. W żadnym momencie wycieczki nie odniosłem wrażenia żebyśmy do jakiegoś miejsca zbyt długo jechali, wszystko znajdowało się w obrębie 10 minut od aktualnego położenia. Bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie bulwary nad Odrą, przestrzeń przez nie nakreślona z pewnością, gdy aura jest bardziej łaskawa, wypełnia się ludźmi.

Martyna Grzonka: Odbieranie urbanistyki, architektury i klimatu miasta z perspektywy hulajnogowicza jest wyjątkowe, dlatego choć we Wrocławiu już byłam, to zauroczył mnie po raz kolejny. Efekt jaki daje jazda całą bandą jest niesamowity, zarówno dla nas jak i dla odbiorców (sądząc po ich minach, gdy widzą 18 dorosłych ludzi na małych kółkach).Problemem naszego środku transportu wydają mi się zamknięte przestrzenie publiczne (restauracje, muzea).Nie są one przygotowane do przechowywania takiego sprzętu jak hulajnogi. Na to, nie tylko we Wrocławiu, ale w innych miastach też, na pewno trzeba zwrócić uwagę. Pod tym względem zaskoczyło mnie Muzeum Architektury, które otworzyło dla nas szatnię i w niej mogliśmy zostawić nasz sprzęt. Dzięki temu spokojnie obejrzeliśmy wystawę i wysłuchaliśmy wykładu pani Ewy Barskiej. Wiem jednak, że MA spodziewało się naszej wizyty i miało szansę odpowiednio się przygotować. Ale wykorzystało ją, i to doceniam!

Zuzanna Szymańska: Najbardziej w wycieczkach na hulajnogach podoba mi się to, że umożliwia ona zwiedzanie miasta bez konieczności stania w korkach i tłoczenia się w komunikacji miejskiej. Hulajnoga jest lekka, dlatego wejście po schodach, czy przeniesienie jej w inne miejsce nie jest dużym problemem. Przez to jesteśmy bardzo mobilni i nic nie ogranicza naszej wycieczki. Dzięki temu możemy skupić się maksymalnie na zwiedzaniu miasta. Kolejnym aspektem, który bardzo mi się podoba, jest sposób prezentowania się grupy. To niesamowite uczucie, gdy grupa kilkunastu osób przejeżdża przez rynek lub główną ulicą na hulajnogach. Zwracamy uwagę przechodniów, niekiedy ludzie wyglądają zza okien by się nam przyjrzeć. Poprzez naszą liczebność nasz przekaz jest łatwiej zauważalny przez mieszkańców miasta. Możliwe, że inni widząc nas na hulajnogach sami nabiorą ochoty do przemieszczania się w ten sposób.

Monika Bucała: Przygoda zaczyna się już na dworcu. O ile kilka osób mogłoby bez problemu dyskretnie przewieźć kilka hulajnóg, w przypadku grupy prawie dwudziestoosobowej o dyskrecji nie ma mowy. Podejrzewam, że każda osoba wchodząca do wagonu mogła być, delikatnie mówiąc, zdziwiona widząc nasz sprzęt.I myślę, że właśnie to najbardziej wryło mi się w pamięć - na każdym kroku nasza grupa była czymś wyjątkowym, niespotykanym w polskich miastach. Czy to na ulicy, w kawiarni, dworcu, centrum handlowym, zawsze byliśmy w centrum uwagi. Starsza pani widząc nas uniosła kciuk mówiąc:„super!”, tego samego dnia wyłapałam zgorzkniały komentarz:„ja też w piwnicy mam taką hulajnogę”. Zaś moim ulubionym tekstem było pytanie pewnego pana w centrum handlowym: „jak toto można wypożyczyć?”. Wiele razy zauważyłam, że podczas gdy my robiliśmy zdjęcia budynkom, inni robili zdjęcia nam.Wrocław jako miasto uwielbiam, był u mnie na drugim miejscu przy wyborze studiów. Byłam tam wiele razy i choć za każdym razem starałam się poznawać je od strony architektonicznej, nasz wyjazd udowodnił mi, że wciąż mało wiedziałam o miejscach, które nie są typowo komercyjne, a mają wielką wartość historyczną. Szczególnie pozytywnie zaskoczył mnie modernizm Wrocławia, w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, że jest tu tyle zabytków „nowszej historii”.Z wielką sympatią przywitała nas w Muzeum Architektury pani Ewa Barska, która poświęciła nam czas w dniu swoich urodzin (!), żeby opowiedzieć o architekturze Wrocławia. Zawsze jest to ogromna zaleta wyjazdów kół naukowych - pojawiają się możliwości, których indywidualny turysta nie doświadczyłby (a wiem co mówię, bo wiele razy próbowałam gdzieś wejść na hasło:„jestem studentem architektury i specjalnie tu przyjechałam, bardzo proszę!” – bezskutecznie).

Ola Czerska: Pierwsze, co mnie uderzyło, to świadomość, że nawierzchnia ma znaczenie. Będąc pieszym nie zwraca się uwagi na przerwy między płytami, czy na to, że jakaś część chodnika jest naruszona i wystaje. Jednak dla potencjalnego uczestnika ruchu na hulajnodze są to bardzo ważne aspekty. Przy możliwości korzystania ze ścieżki rowerowej wykonanej z asfaltu, a nie kostki brukowej, komfort jazdy i szybkość zdecydowanie się zwiększa. Automatycznie zwiększa to nasze poczucie bezpieczeństwa, a co za tym idzie – rośnie przyjemność z doświadczania przepięknej architektury Wrocławia. Muszę szczerze przyznać, że na hulajnodze można zobaczyć zdecydowanie więcej niż poruszając się pieszo, a nawet jeśli nie wszędzie można dojechać hulajnogą, to podróż komunikacją miejską jest o wiele przyjemniejsza, niż przy próbie przewiezienia roweru. Hulajnogi zdecydowanie wygrywają w tym starciu, zwłaszcza w liczbie 18 sztuk.

Maria Raszkiewicz: Miasto wydało mi się doskonale przygotowane na alternatywne środki komunikacji, a jednocześnie na osoby niepełnosprawne. Dzięki temu, najlepiej wspominam nowe bulwary nad Odrą, gdzie oprócz nawierzchni bardzo zaciekawił i zainspirował mnie sam pomysł i wyjątkowa organizacja przestrzeni publicznej o trudnym, liniowym kształcie.

Podsumowując:

Wrocław okazał się miastem ze wszech miar przyjaznym, choć mokry bruk nie ułatwiał zadania, ale też i nie był aż tak poważną przeszkodą. Wspaniała, zwarta, komponowana przez wieki i „doprawiona” przez modernistów wielkomiejska przestrzeń daje odbiorcom wiele możliwości korzystania z niej i poruszania. Mimo, że w planach mamy następne miasta, które staną się celem naszych dalszych badań, to do Wrocławia na pewno jeszcze wrócimy.


Zdjęcia: J. Depka, M. Kostrzewska, M. Raszkiewicz